Kapitan z Bytomia

Krystian Norwisz przez 49 lat chodził w marynarskim mundurze. Z tego 21 lat miał na sobie mundur kapitana żeglugi wielkiej.

  • Data:
  • Autor: Marcin Hałaś
  • Artykuł był oglądany 868 razy
Autor zdjęcia: ARC

To jest opowieść o chłopcu z Bytomia, który spełnił młodzieńcze marzenia i pływał po morzach i oceanach. Krystian Norwisz jest absolwentem Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Smolenia z roku 1956. Pochodzi ze śląskiej rodziny. Jego ojciec pracował w przemyśle węglowym, urodził się w Karbiu, a matka w Świętochłowicach. Bytomianinem Norwisz został w 1950 roku, kiedy jego rodzina przeprowadziła się z Kolonii Hubertus w Łagiewnikach do mieszkania przy ul. Chrzanowskiego.

Mimo śląskich korzeni, kiedy kilkunastoletni Krystian pojechał na kolonie nad morze - postanowił zostać... marynarzem.

Mali chłopcy mają różne marzenia, chcą być kosmonautami albo pilotami, ale Krystian Norwisz swoje pragnienia spełnił.

Po maturze wziął sprawy we własne ręce. Miał jednak pecha - wskutek reorganizacji akurat w 1956 roku Szkoła Morska nie prowadziła naboru. Ale do Liceum im. Smolenia przyjechali wojskowi rekruterzy. Za ich namową Norwisz rozpoczął studia w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej w Gdyni. To dawało mu możliwość bycia bliżej morza, chociaż służba na okrętach wojennych nie była jego celem. W 1959 roku został promowany na podporucznika marynarki wojennej.

Zaczynał na Bałtyku

Studia skończył w 1960 roku i zaraz po nich rozpoczął służbę na okręcie hydrograficznym Bałtyk. Statek należał do marynarki wojennej, ale wykonywał zadania naukowe, badawcze i rozpoznawcze. Po kilku latach Norwisz przeniósł się na znacznie nowocześniejszy okręt hydrograficzny Kopernik.

Zgodnie z ówczesnymi przepisami, absolwent wojskowej uczelni musiał służyć w armii minimum 12 lat. Kiedy upłynął ten okres - Norwisz uzyskał awans na komandora podporucznika i równocześnie... złożył raport o zwolnienie ze służby.

Odszedł z marynarki wojennej, żeby pływać na statkach cywilnych, ale nie okazało się to łatwe.

Dopiero po 2 latach resort spraw wewnętrznych wydał mu książeczkę morską, która w przypadku marynarzy spełnia rolę paszportu.

Krystian Norwisz książeczkę morską otrzymał 5 czerwca 1975 roku, a już 9 czerwca wypłynął w morze jako trzeci oficer na statku PŻM Świerczewski. Jednak, żeby uzyskać tytuł kapitana żeglugi wielkiej musiał wylegitymować się praktyką jako pierwszy oficer. Na polskich statkach nie było wolnego stanowiska, więc zamustrował się na jednostkę niemieckiego armatora, pływającą pod banderą panamską. Po tym rejsie uzyskał awans na pierwszego oficera. W międzyczasie zdołał skończyć studia geograficzne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza.

Pod obcą banderą

W 1984 roku został kapitanem żeglugi wielkiej. Pierwszy statek, który objął jako kapitan nosił nazwę Lory i pływał pod banderą panamską. - Dowodziłem statkami pływającymi m.in. pod banderą Cypru, Malty, Wysp Bahama - opowiada Norwisz. - Miałem pod sobą międzynarodowe załogi, marynarzami byli Europejczycy, Azjaci, Filipińczycy, a nawet mieszkańcy Kiribati i Tuvalu. Dowodziłem kontenerowcami, masowcami, chłodnicowcami, właściwie wszystkimi rodzajami statków oprócz tankowców i pasażerskich.

 Jeżeli nie spełnił jakiegoś życiowego marzenia, to tylko jednego: żeby dowodzić statkiem pływającym pod polską banderą.

Rejsy trwały po kilka miesięcy, najdłużej poza domem przebywał 15 miesięcy. Ożenił się z warszawianką, mieszkającą w Gdyni. - Po zakończeniu kontraktu starałem się zostać w domu tyle samo, ile przebywałem na morzu, ale nie zawsze to się udawało - mówi Krystian Norwisz.

Na emeryturę przeszedł w 2005 roku. - Przeżyłem całą rewolucję technologiczną w żeglarstwie - mówi Krystian Norwisz. - Dzisiaj w szkołach morskich uczą jeszcze ustalania pozycji statku tradycyjnymi metodami, ale jest to wiedza teoretyczna, bo w czasie żeglugi wykorzystuje się dane z GPS. A kapitan ma na biurku telefon i armator w każdej chwili może do niego zadzwonić z instrukcjami.

Ocena: 4,56
Liczba ocen: 9
Oceń ten wpis

Komentarze

  • Aleksandra
    Super Wujku !

Partnerzy